Zespół Jarka i Romana Zagrodnych pojawił się na wrocławskiej scenie niespodziewanie. Ich pierwszy koncert, miał miejsce na OFF Festival 2017 w Katowicach. Kilka dni przed tym wydarzeniem (1 sierpnia, a więc nieco ponad rok temu), nakładem wydawnictwa Brennnessel ukazał się ich debiutancki album, poprzedzony dwoma singlami – Aspen i Paraguay. Bracia określają swój styl muzyczny jako PRL Synthwave i miejscami faktycznie, można odczuć wpływy popularnego obecnie gatunku, czerpiącego pełnymi garściami z nostalgii za latami osiemdziesiątymi, jednak obecny jest tam również pierwiastek świeżości. A tego brakuje w tym schematycznym i niemal autoparodyjnym gatunku. Zatem, skoro synthwave to i syntezatory – a te dominują na albumie od początku do końca, nadając niesamowitej przestrzeni utworom. Jarek Zagrodny, w jednym z wywiadów przyznał, że zależało mu na nagraniu utworów w taki sposób, aby wybrzmiewały „z oddali”. Prócz ejtisowych syntów na pierwszy plan wybijają się wyraźne gitarowe melodie. Nie uświadczymy tutaj pełnego, akordowego brzmienia, zamiast tego, częściej dobiegać będzie do nas „skrobanie” tłumionych strun, bądź soczyste solówki, przy których nie jeden bohater filmów akcji sprzed 30 lat mógłby w zwolnionym tempie oddalać się od olbrzymiego wybuchu. Pierwsza partia wokalna wyłania się dopiero przy okazji drugiego utworu i nieprzypadkowo użyłem takiego określenia. Idąc dalej za pomysłem wybrzmiewania z oddali, głos wokalisty idealnie wkomponowuje się w ciepłą fakturę, nie starając się w pyszałkowaty sposób przyćmić tego, co dzieje się w pozostałych warstwach utworów.

 

Samych numerów na wydawnictwie znalazło się dziewięć, a niemal każdy z nich (pomijając Slow i Theo) swoją nazwę zawdzięcza miejscom na kuli ziemskiej – od stacji polarnej McMurdo przez Porto na stolicy naszych zachodnich sąsiadów kończąc. Tytuły te niosą za sobą pewną dozę sugiesti odnośnie tego, jakiego klimatu możemy się spodziewać. I tak w utworze Porto usłyszymy perkusjonalia, charakterystyczne dla letnich przebojów popowych, a przy okazji Oslo nie da się uniknać skojarzeń z chłodnym i surowym brzmieniem utworu Atmosphere zespołu Joy Division. Mimo, że zespół Bluszcz na żywo występuje wraz z dodatkowym, trzecim członkiem grającym na zestawie perkusyjnym, na Juniorze próżno szukać ludzkiego pierwiastka w sekcji rytmicznej. Nie umniejszam w żaden sposób genialnego, retro-brzmienia automatu perkusyjnego, a także ciekawie zaaranżowanych patternów, jednak ten jeden element zdecydowanie odróżnia się jakościowo od pozostałych. Na dłuższą metę rytmika staje się monotonna, za co największą winę ponosi prawie zupełny brak wstawek. Co prawda jest to w pewnym sensie charakterystyką gatunku synthwave/outrun, jednak skoro w innych elementach Bluszcz odróżnia się od schematów, tutaj również można by pokusić się o coś świeżego. Tym co odróżnia muzykę braci Zagrodnych od zalewu podobnych do siebie kawałków sygnowanych laserową czcionką i cybernetyczną siatką, jest właśnie wspomniany wyżej, przy okazji Porto, ale obecny na całym albumie – wakacyjny, lekki klimat, który generuje niezwykle ciepła aurę, co kontrastuje z retro-futurystycznym, SkyNetowym klimatem, który zdominował twórczość pozostałych przedstawicieli gatunku.

Jeśli przypadł Ci do gustu odświeżona przez Brodkę, synthowa wersja utworu „Wszystko Czego Dziś Chcę”, warto jest zainteresować się twórczością tego Wrocławskiego duetu.