Choć płyta została wydana wiosną 2017, pasuje mi do listopada. Duch Spirit jest sentymentalny, przywodzący na myśl lata 80-90 i elektroniczne rytmy. Świeżo, choć niby znajomo.

Słucham where’s the revolution myślę „there’s the evolution”. Ewoluował ten dawny, elektroniczny, wtedy przywodzący na myśl futurystyczne wizje klimat. Czuję intensywność, czuję wybijające się emocje z każdym tupnięciem. A tupię dość często, słuchając Spirit.

Okej, tego się przyjemnie słucha, tutaj się przyjemnie zamyka oczy i buja, ewentualnie tupta nóżką, w porywach płuca unoszą się z intensywnością rytmu. Ale teraz słucham słów… I czuję się winna. O co chodzi, dlaczego czuję się jakby to we mnie wymierzone były zarzuty? A’la wezwania do działania, a’la obarczanie winą mojego jestestwa. Czy sytuacje polityczno-gospodarcze są dobrym tematem przewodnim płyty? Halo! Moja przyjemność ze słuchania gdzieś się gubi.

Mimo wszystko kiedy przymknę oko, ucho, bądź jakąkolwiek inną część ciała na tekst- wywołujący momentami nieprzyjemny skręt kiszek- jest dobrze. A już szczególnie przyjemnie robi mi się, gdy słyszę There is so much love in me…. Jest lepiej, kiedy słucham o emocjach. Jest lepiej, kiedy słucham o czymś bliższym mi. No bo przecież słuchając płyty nie zagłębiam się w genezę powstawania, jeśli muzyka wyjątkowo mnie nie urzeknie. No właśnie. Skoro do takiego wniosku dochodzę… to ciągnie to za sobą konkluzję.

Spirit jest raczej skierowana do ludzi, którzy po wysłuchaniu jej poczują w sobie ducha działacza społecznego. Nie jestem waszym targetem tym razem, Depesi. Co nie umniejsza jednak wagi faktu, że płyta doczekała się podwójnej platynowej płyty. Ciekawe czy gdzieś wśród tych 40 000 posiadaczy płyt znalazł się ktoś, kogo płyta zmotywowała do jakichś działań społecznych. Bo mnie zmotywowała tylko do kilkukrotnego przesłuchania w momencie melancholijnych, stęsknionych wieczorów. Listopad, Depesi, listopad!