„Kompletnie nie nadaję się na symbol seksu” skromnie stwierdził Ed podczas jednego z wywiadów. Mimo tego rzesze fanek Najbardziej Muzykalnego Rudzielca Świata z niezmierzoną ekscytacją czekały na premierę ÷ (Divide). Czy nowa płyta Sheerana podzieli jego miłośników?

Po niepowtarzalnym sukcesie poprzedniej płyty, X, bard naszych czasów nie zwalnia tempa. Utwory zapowiadające Divide: festiwalowe Castle on the Hill i taneczne Shape of You zadziwiają swoją przebojowością przykrytą zaskakującą skromnością Anglika. Przyniosły mu one nowy rekord na Spotify. Album odtworzono w dniu premiery prawie 57 mln razy. Do tej pory rekord (29 mln odtworzeń) należał do Gwiezdnego Chłopca, The Weeknd.

Nagrania na albumie wydają się ze sobą zlewać i brzmią jak coś, co już wcześniej słyszeliśmy. Nawet mimo eksperymentalnego wymiaru całego wydawnictwa, wciąż jest to ten sam pokorny, cichy, bawiący się gitarą Ed. Utwory, które wychodzą na swój sposób z tego schematu należą do lepszych na tym albumie. Takim jest m.in. Eraser, otwierający tracklistę. Ed próbował zarapować zwrotki, ja bym jednak nazwał to melorecytacją. Przy akustycznym akompaniamencie i wpadającym w ucho refrenie ma mimo wszystko przyjemny, hiphopowy wydźwięk. Kolejnym ciekawym utworem jest Dive, gdzie Ed ukazał prawdziwą siłę swojego wokalu, już bez zbędnych prób rapowania. Dobra rozgrzewka przed Shape of You, które jest wyraźnie jedyną kompozycją albumu stworzoną na rzecz podbicia rozgłośni radiowych. Zaledwie kilka dni od premiery, singiel jest jednym z największych przebojów na listach całego świata.

Lekkim utworem, który szybko wpada w ucho jest What Do I Know?, które kompozycyjnie przywodzi mi na myśl What Do You Mean Biebera, choć produkcja jest zupełnie inna. Być może podobieństwo, które słyszę wynika z chęci wylansowania kolejnego hitu? Utwór bardzo radiowy i szybko wpada w ucho, ale raczej nie przebije sukcesu Shape of You. Na albumie znalazły swoje miejsce takie potencjalnie komercyjne utwory, ale nie są one raczej najmocniejszą stroną płyty. Za bardzo przypominają to, co już było: m.in. Justina Timberlake’a, ale w mniej tanecznej, a akustycznej formie.

Oprócz tego, album składa się z kilku eksperymentalnych perełek, które warto poznać. Mowa m.in. o Galway Girl, ale też o czterech bonusowych utworach z wersji deluxe, które od razu podnoszą jakość nowej płyty Sheerana. Barcelona i Bibia Be Ye Ye to genialne, popowe smaczki, przyjemnie skrojone utwory, wyprodukowane w taki sposób, by słuchało się ich łatwo i szybko wpadały w ucho. Ja natomiast zapamiętam Nancy Mulligan, bo jego melodia nawiązuje do irlandzkiego stylu, który Edowi bardzo pasuje. I nie chodzi tylko o kolor jego włosów…