29 czerwca na półkach sklepowych pojawił się album brytyjskiego zespołu Florence and the Machine pt. High as Hope. Album zapowiadały single: Sky Full of Song wydany 12 kwietnia obecnego roku, Hunger wydany wydany 3 maja 2018 roku oraz Big God opublikowany 21 czerwca. 2 czerwca grupa zagrała koncert podczas Orange Warsaw Festival, gdzie zagrali 3 utwory z tegorocznego wydawnctwa.

Florence Welch jest wyjątkową artystką z niesamowitą wrażliwością. Każda piosenka ma mocne podłoże psychologiczne. Album nie ma jednego głównego tematu. Utwory zachwycają swoją bezpośredniością. Wywierają na słuchaczu wrażenie uczestniczenia w wydarzeniach, o których śpiewa Florence. W głosie artystki słychać miejscami ból, miejscami zmieszanie, a czasami szczęście. W Polsce album doszedł do 3. miejsca na liście sprzedaży ZPAV oraz dotarł do 2. miejsca na liście Billboard 200.

Utworem, który najbardziej zwrócił moją uwagę jest Grace. Opowiada on o ciekawej siostrzanej miłości. Można powiedzieć, że jest to list, który każdy może skierować do wybranej osoby. Welch śpiewała swoją historię, a tak naprawdę opowiadała uniwersalną treść. Czasami dwie osoby walczą między sobą o nic. Wszyscy walczą o cel, którego nie ma. Ale czemu go nie ma? Otóż, my już go dawno posiadamy. W tekście chodzi o miłość, zarówno w stosunkach siostra-siostra oraz matka-córka. Jeśli chodzi o stronę muzyczną utworu, to mogę powiedzieć, że jest idealny. Wokal Florence jest wykorzystany w wyjątkowy, magiczny wręcz sposób. Zwykle to wokal jest dodatkiem do gry instrumentów. W tym wypadku jest inaczej. Ona śpiewa, a reszta dodaje swój piękny akompaniament. Wszystko razem wspaniale się komponuje. Dobrze, że w nazwie grupy jest miejsce dla „Maszyny”, bo ten mechanizm wcale nie gra sztywno. Ich muzyka jest elastyczna, tak samo jak wokal Florence Welch.

Kolejnym świetnym utworem jest 100 Years. W utworze padają mocne słowa. Cała płyta tak jakby jest przeprosinami. Opowiada o człowieku, który błądził, nie mógł znaleźć swojego miejsca na Ziemi. Szukał go wszędzie: w rodzinie, w Bogu czy w samotności. Jednak naprawa wszystkich swoich grzechów z przeszłości nie jest aż taka prosta, jak mogłoby się to wydawać. Tego już za wiele, te ulice wciąz spływają krwią. Każdy wers jest pełny wspaniałych metafor. „Boska” Florence kolejny raz pokazuje możliwości swojego głosu. Te utwory można słuchać godzinami. Posiadają one tajemniczy klimat, który jest coraz to zwiększany dzięki Welch oraz „Maszynie”. Słuchając tych dźwięków rozmyślamy nas sobą, nad swoim życiem oraz nad ludźmi, którzy nas otaczają.

Ostatnią piosenką, jaką opiszę będzie Big God. Tym razem jest to rozmowa między Bogiem, a Jego poszukiwaczem. Bohater utworu jest trochę zawiedziony. Potrzebuje większej pomocy niż myślał. Tajemniczość z każdym wyrazem wypowiedzianym z ust wokalistki zwiększa się znacząco. Miłość w tym wypadku jest odbijana jak piłeczka pingpongowa. Bohater nie może zrozumieć swojego życia, dlaczego niektóre fakty zaistniały. Choreografia stworzona na potrzeby teledysku bardzo dobrze oddaje ducha utworu. Muzyka w 100% wpasowuje się do wokalu Welch. Część zagrana na pianinie dodaje powagi temu arcydziełu. Florence śpiewająca You need a big god pokazuje swój wielki kunszt, na jaki pracowała i pracuje przez całą swoją karierę.

Wszyscy wiedzieli, czego fani oczekują od grupy po ostatnich trzech świetnych albumach. Oczekiwali czegoś równie dobrego. Niestety zespół nie spełnił tego założenia. Florence and the Machine pokazali coś znacznie lepszego. Cały album mogę określić jednym słowem: ARCYDZIEŁO. Brawo Florence. Cały zespół zrobił, to co mieli zrobić. Nikt raczej nie jest niezadowolony. Już nie mogę się doczekać przyszłorocznego koncertu w Łodzi. THE END