Chciałabym na początku powiedzieć coś głębokiego. Na przykład, że Hollywood Undead ze mną dorastali lub zmienili moje życie. Nic takiego jednak nie miało miejsca, co nie zmienia faktu, że zespół ten mogę nazwać jednym ze swoich ulubionych. Dlatego uznałam, że zrecenzuję dla was tę płytę. Tak z czystej sympatii.

Recenzję ulubionych zespołów nie bywają zaskakujące, więc zacznę od suchego faktu – premiera Five miała miejsce 27 października. Na płycie mamy 14 utworów, w tym 3 single – California Dreaming, Whatever It Takes, Renegade i We Own The Night. Nowe wydanie Amerykanów zapowiada się obiecująco – pomimo odejścia perkusisty, które było dla zespołu dużą stratą.

Album otwiera singiel California Dreaming, który wzbudza moją sympatię już od pierwszego dźwięku. Utwór jest przyjemny i rytmiczny. Dodatkowo słyszę głos mojego ulubionego rapera (brzmi zabawnie, ale każdy członek zespołu jest również jego wokalistą) – Johnny’ego 3 Tears, więc jestem podwójnie urzeczona. Poszukując innych udanych numerów, znajduję również Bad Moon. Na duży plus zasługuje wokal Danny’ego, który w tym utworze wypada świetnie. Podoba mi się również Broken Record, chociaż to chyba przez moją słabość do ballad. Idealnie nadaje się do koncertowych akcji z zapalniczkami.

Niestety jednak im dalej w las, tym mniej ciekawie. Mam dziwne wrażenie, że duża część numerów brzmi monotonnie i jednostajnie. Pokuszę się nawet o twierdzenie, że naprawdę dobre utwory są na płycie zdecydowaną mniejszością. Album zawiera wyjątkowo dużo zapychaczy. Jestem nieco rozczarowana, bo poprzednie wydania zespołów zawierały masę udanych piosenek, a nie nędzne 6 czy 7 z 14.

Skupiając się typowo na tekstach – jest jak za starych, dobrych czasów. Mamy szybkie, szpanerskie samochody, kalifornijskie plaże i gangsterskie klimaty. Warstwa tekstowa może nie jest bogata i pełna poetyckich środków, ale fani zespołu na pewno nie będą rozczarowani. Jest lekko i amerykańsko jak na poprzednich albumach. Czego chcieć więcej? Może nieco nowości, ale stare klimaty są jak najbardziej w porządku.

Czas na podsumowanie i powiem w nim, że mam mieszane uczucia. Wokalistów uwielbiam, więc nie odmówię im wysokiej oceny, ale muzyka i klimat pozostawiają nieco do życzenia. Five jest dość monotonne i jak na złość, nie chce wnieść na scenę muzyczną żadnego powiewu świeżości. Ciekawych piosenek mamy może połowę, a teksty są takie, jak od lat. Powiem tylko tyle – Hollywood Undead, nadal was lubię, ale postarajcie się trochę, bo znikniecie ze sceny tak szybko, jak na nią wkroczyliście.