“Heaven Upside Down to dziesiąty już album Brian’a Hugh’a Warner’a znanego wszystkim bliżej jako Marilyn Manson. Czy muzyk nadal szokuje, a muzyka zaskakuje odbiorców? Tego można dowiedzieć się z dziesięciu utworów, które znalazły się na jubileuszowym krążku.

Album rozpoczyna “Revelation #12 – mocny, gitarowy kawałek, z tekstem a’la wyliczanka wykrzykiwanym przez Mansona. Marilyn miał w swoim dorobku podobne kawałki już wcześniej, pierwszy tytuł nie jest zatem dużym zaskoczeniem, ale stanowi obiecujący wstęp do całej płyty. “Tatooed In Reverse rozpoczyna się niemal identycznie jak jego poprzednik, jest jednak bardziej rytmicznym i wpadającym w ucho kawałkiem, który porównywać możemy z Personal Jesus”.

WE KNOW WHERE YOU FUCKING LIFE oraz “SAY10” są natomiast utworami bardziej chaotycznymi, w których więcej jest skandowania niż śpiewu, a dźwięki gitar mieszają się z ostrymi, wwiercającymi się w uszy odgłosami. Piąty utwór “KILL 4ME” to spokojniejszy utwór. Tekst pozostawia jednak tutaj wiele do życzenia. Na dziesiątej płycie Manson nadal kokietuje swoją manierycznością, w niektórych momentach ma się jednak wrażenie, że przesłanie, które zawiera w swoich utworach, jest rozpaczliwą próbą zwrócenia na siebie uwagi. Tak rozpaczliwą, że aż momentami niesmaczną w obliczu zamachów i wydarzeń z całego świata.

Saturnalia to utwór, który rozpoczynają wnikliwe dźwięki zwiastujące niepokój i pobudzenie u słuchacza. To jeden z zabiegów, które Manson stosuje w swoich utworach już od dawna — z każdą kolejną piosenką nie wnoszą one zatem niczego świeżego ani zaskakującego. Nie mniej jednak ponownie, ten utwór jest jednym z bardziej zapadających w pamięci, a do tego trwa niemal 8 minut. “JE$U$ CRI$T$” oraz Blood Honey” to kolejne dwa utwory zawarte na krążku, sposób ich aranżacji jest jednak bardzo podobny do poprzednich kawałków. Przedostatni utwór zatytułowany tak samo, jak cała płyta jest zdecydowanie jednym z najlepszych na całej płycie. Rockowy, ciężki, ale rytmiczny, nieprzesycony zbytecznymi krzykami i hałasami stanowi świetny punkt na całej ścieżce. Podobnie jest z “Threats Of Romance – można by rzecz, Mansonowską balladą, w której możemy poznać nieco inne oblicze kontrowersyjnego muzyka.

Podsumowując, album nie jest ogromnym zaskoczeniem, jak muzyk zapowiadał przed jego wydaniem. W kawałkach wiele jest przewidywalności oraz charakterystycznych elementów, które słuchaczom mogły się już nieco znudzić. Najlepsze czasy Mansona, minęły wraz z jego wiekiem, przez co każdy kolejny album staje się mniej kontrowersyjny, a próby wzbudzenia hałasu wokół niego wypadają dość słabo. Cała płyta nie jest zła, słucha się jej dość przyjemnie, ale podczas słuchania ma się wrażenie, że wszystko to już kiedyś było. Miejmy zatem nadzieję, że Brian stworzy jeszcze kiedyś album na miarę poprzeczki, którą sam sobie zawiesił wcześniejszymi albumami.