Postawmy sprawę jasno: polski rap nigdy nie był i prawdopodobnie nigdy nie będzie moim ulubionym gatunkiem muzycznym. Lubię Łonę, lubię Taco, jest jeszcze parę innych artystów, których regularnie słucham. Już dawno pozbyłem się uprzedzeń, że rap to tylko nawijanie o prostytutkach i koksie, ale i tak gustuję w nieco cięższych muzycznie klimatach. Nie sądziłem, że któregoś pięknego dnia przyjdzie mi o rapie cokolwiek napisać… a już na pewno nie recenzję albumu. Dobrego albumu.

O Quebonafide słyszałem wcześniej parę razy – w końcu jeszcze w tym roku chodziłem do gimnazjum. Muszę przyznać, że z reguły unikam wykonawców, o których jest tak głośno i którymi niemiłosiernie jara się olbrzymia grupa dzieciaków w wieku 12-16. Często największą popularnością cieszą się bowiem artyści, których twórczość nie jest nad wyraz wartościowa. Z wyżej wspomnianym jest jednak zgoła inaczej.

W tym roku miała miejsce premiera najnowszego krążka Quebonafide zatytułowanego Egzotyka. Nie będę ukrywać, że z zapartym tchem odliczałem dni do pojawienia się owej płyty na rynku – prawdę mówiąc, całkowicie miałem to gdzieś. Dopiero jakiś czas później natknąłem się na nią, zresztą bardzo przypadkowo. I wiecie co? Jestem zachwycony.

Egzotyka to album koncepcyjny, a każdy kolejny utwór dotyczy innego państwa – zresztą, nawet teledyski do poszczególnych kawałków były kręcone w miejscach, których dotyczyły. Quebonafide zabiera nas więc w swoistą podróż po różnych zakątkach świata. I tak na przykład Arabska noc to niezwykle klimatyczna wycieczka po pustyni; w Bumerangu raper opowiada o Australii; w Między słowami zdaje relację z wyjazdu do obcej i nieprzyjaznej Japonii. Znajdziemy również utwór poświęcony dzieciakom grającym w piłkę w brazylijskich fawelach, które trenują w takich warunkach, marząc o tym, by być kiedyś jak ich idol – Ronaldo. Odwiedzimy także Meksyk, zawitamy na Madagaskarze i zmarzniemy na Islandii.

Nie mamy tu jednak do czynienia z opowieściami podróżnika o miejscach wartych zobaczenia czy czymś w tym rodzaju. Każdy utwór przepełniony jest osobistymi refleksjami artysty; każde kolejne miejsce jest tylko pretekstem do tego, by opowiedzieć o miłości, sławie, upadkach, wzlotach i tak dalej. Brzmi banalnie? Być może, ale to, w jaki sposób całokształt został zrealizowany, przyprawia o ciarki. Poważnie.

Chyba najbardziej emocjonalny jest utwór pod tytułem Bollywood, w którym zostajemy oprowadzeni po Indiach – Quebo opowiada o biedzie, nieszczęściu i smutku, który panuje w tym miejscu, dzieląc się z nami niesamowicie gorzkimi przemyśleniami. Klimat zapewnia pojawiający się w refrenie Czesław Mozil.

Nie jest on jednak jedynym gościem zaproszonym na Egzotykę. Mamy tu, można by rzec, całą śmietankę towarzyską, na czele z Young Lungs, Solarem czy Mozilem właśnie. Zaproszeni spełnili swoje role naprawdę świetnie.

Teksty są świetne. Daleko mi od stwierdzenia, że Quebonafide to niewyobrażalnie genialny poeta, ale słowa, które słyszymy, trzymają poziom, rymy za bardzo nie zgrzytają ani nie należą do częstochowskich, a – co najważniejsze – każdy utwór niesie jakiś przekaz, mniej lub bardziej ukryty.

I na tym wypadałoby zakończyć. Nie jestem najodpowiedniejszą osobą do pisania o rapie, ale akurat o tym krążku musiałem wspomnieć – to jedno z moich największych odkryć w ostatnim czasie. I nie zrażajcie się, że całe stada miejscowych gimnazjalistów puszczają Quebo na zakrapianych alkoholem imprezach – to gość, który ma nie tylko cudowne flow i ogromny talent, ale i cechuje się wielką wrażliwością, empatią i jest facetem niezwykle inteligentnym. A Egzotykę polecam całym sercem, nawet jeśli – tak jak ja – nie przepadasz za rapem.