Po prawie siedmiu latach studyjnej ciszy Robbie Williams wraca z płytą, która brzmi jak list napisany do własnej przeszłości i wysłany do współczesności. Album Britpop to trzynasty studyjny krążek artysty i jego pierwsza pełnoprawna płyta od czasu świątecznego projektu z 2019 roku.
Tytuł jest prowokacyjnie dosłowny. Williams nie próbuje ukrywać inspiracji – wręcz przeciwnie. Sam mówi, że to album, który chciał nagrać zaraz po odejściu z Take That w 1995 roku, gdy brytyjskie gitary rządziły popkulturą.
Ale Britpop nie jest rekonstrukcją epoki. To raczej alternatywna historia: co by było, gdyby Williams w połowie lat 90. zamiast popowego showmana stał się frontmanem gitarowej sceny. Płyta jest bardziej surowa, bardziej gitarowa i – paradoksalnie – mniej teatralna niż wiele jego wcześniejszych albumów.
W efekcie powstał materiał, który jednocześnie brzmi nostalgicznie i zaskakująco świeżo – wystarczająco, by zapewnić artyście 16. album numer jeden w Wielkiej Brytanii, rekord w historii tamtejszych list przebojów.
Album otwiera Rocket, nagrany z legendarnym gitarzystą Tony Iommi. Ten duet sam w sobie brzmi jak żart – crooner popu i architekt heavy metalu. A jednak działa. Gitara Iommiego nie jest tu jedynie ozdobą. Brzmi jak rozgrzany asfalt pod stadionem – ciężka, gęsta i nieco niebezpieczna. Riff prowadzi utwór niczym silnik odrzutowy, podczas gdy Williams śpiewa z energią, której dawno u niego nie było. To moment, w którym album deklaruje swoje ambicje: Britpop nie jest muzeum lat 90., tylko reinterpretacją ich rockowej bezczelności.
Drugi filar płyty to Spies, utwór zbudowany wokół klasycznej britpopowej konstrukcji: pulsujący bas, janglujące gitary i refren, który aż prosi się o stadionowe śpiewanie. Kompozycja działa jak pocztówka z Manchesteru w 1996 roku – gitarowe akordy połyskują jak neon nad pubem, a melodia jest prosta, ale nie banalna. Krytycy opisują utwór jako gitarowy hymn nostalgii, który wyznacza estetyczny kierunek całego albumu.
Warto jednak zauważyć subtelną różnicę: tam, gdzie klasyczny britpop bywał ironiczny, Williams wprowadza nutę autobiograficznej szczerości. Nostalgia nie jest tu modą – jest rachunkiem sumienia.
Jeśli Spies jest hołdem dla epoki, Pretty Face pokazuje, jak Williams próbuje ją zaktualizować. To utwór z charakterystycznymi janglującymi gitarami i refrenem napisanym pod koncerty, ale wokal artysty pozostaje zdecydowanie współczesny – bardziej wygładzony, mniej krzykliwy niż w latach 90. Efekt przypomina spotkanie Blur z popowym rzemiosłem XXI wieku. Gitara migocze jak światła nocnej autostrady, a refren eksploduje dokładnie wtedy, gdy trzeba. To najbardziej „radiowy” moment płyty – i zarazem dowód, że Williams wciąż rozumie mechanikę przebojów.
Jednym z najbardziej zaskakujących punktów płyty jest Human. Po gitarowym rozpędzie album nagle zwalnia. Tempo spada, aranżacja się rozrzedza, a wokal Williamsa wychodzi na pierwszy plan. Syntezatory brzmią jak mgła unosząca się nad nocną autostradą, subtelnie otulając melodię. To moment, w którym Williams przypomina, że jego największą bronią zawsze był dramatyzm popowej ballady. W kontekście całej płyty utwór działa jak pauza między kolejnymi gitarowymi eksplozjami.
Z kolei Cocky to czysta zabawa konwencją. Utwór flirtuje z glam rockiem – rytm jest sprężysty, gitara ma błyszczący, niemal brokatowy charakter, a refren brzmi jak barowy śpiew o czwartej nad ranem. To Williams w swojej najbardziej autoironicznej wersji: świadomy własnego wizerunku, ale też gotowy go sparodiować.
W czasach, gdy mainstreamowy pop jest coraz bardziej zdominowany przez syntetyczne brzmienia i produkcję pod streamingowe playlisty, Britpop jest gestem niemal kontrkulturowym.
Williams wraca do gitar, hymnów i melodii pisanych z myślą o tłumie, a nie o algorytmie. Album flirtuje z różnymi stylami – od glam rocka po elementy hip-hopu – pokazując, że nostalgia może być surowcem do nowych eksperymentów.
Co ciekawe, płyta pojawia się w momencie renesansu gitarowego popu. W ostatnich latach młodsi artyści coraz częściej sięgają po estetykę lat 90., ale Williams robi coś innego: nie rekonstruuje trendu – on wraca do jego źródła.
Williams nie próbuje udawać dwudziestolatka ani kopiować dawnych brzmień. Zamiast tego nagrywa płytę, która brzmi jak rozmowa między jego dwoma wcieleniami – chłopakiem z ery britpopu i doświadczonym showmanem popu.
Nie każdy eksperyment działa równie dobrze, a momentami produkcja bywa zbyt głośna i skompresowana, co odbiera muzyce trochę oddechu. Jednak gdy płyta trafia w punkt przypomina, dlaczego Williams przez trzy dekady był jednym z najskuteczniejszych twórców popowych hymnów.

4/5
Robbie Williams – BRITPOP
2026, Sony Music Entertaiment