25 marca na Warszawskim Torwarze wystąpił zespół Dave Matthews Band. Wiele osób czekało na to wydarzenie odliczając dni z wypiekami na twarzy. Tak też było i ze mną – to nie był jeden koncert z wielu. To wyjątkowy zespół, tak też i wieczór był wyjątkowy.

Zespół wszedł na scenę około 10 minut po czasie, wszyscy czekali na ten moment. Znacie to uczucie kiedy po dwóch godzinach czekania w końcu zespół wychodzi na scenę? Nie do opisania prawda? Tak też było wtedy.

Mimo, że od koncertu minęło już trochę czasu mam poczucie, jakby to było wczoraj..

Dave Matthews Band to zespół, który jest gwiazdą w Stanach Zjednoczonych, w Polsce jest raczej niszowym bandem. Ale ten kto się wciągnął w tę muzykę przyzna, że łatwo nie da się od niej uwolnić. Dave Matthews to artysta, który przyciąga uwagę od samego wejścia na scenę. Lubię ten moment kiedy zespół jest już na scenie, a Dave po niej chodzi i już wie co się zaraz wydarzy, a dla publiki nadal jest to niespodzianką: aż w końcu wszyscy słyszą intro: What would you say. Mnie jako fana ucieszyło takie rozpoczęcie koncertu.
Później wybrzmiało Warehouse z przepięknym według mnie intrem Dave’a.

Następnie mamy akcent z nowej płyty: That girl is You, na co szczerze mówiąc czekałem. I było warto, ten numer tylko zyskuje w formie na żywo z falsetem wokalisty w roli głównej.
Również się bardzo cieszę, że zespół zagrał nam Lying in the hands of God, nawiasem mówiąc uważam, że to kompozycyjnie jeden z ich najlepszych utworów. Mogliśmy usłyszeć jeszcze inne kawałki pochodzące z najnowszej płyty Come Tommorow, było to: Samurai Cop, Do you remember, które stworzyło niezwykle słoneczny, wakacyjny klimat. A także funkowe Can’t Stop, czy balladę pt.: Here on out, którą frontman zespołu wykonał samodzielnie na scenie. Oprócz tego myślę, to na co większość czekała, czyli: Crush, Don’t drink the water, Jimi thing. Innym utworem, który mnie zaskoczył to Ants Marching, utwór, który słyszałem już tysiące razy a mimo to zespół rozwinął aranżację jeszcze bardziej, rozbudowana instrumentalna część gdzie instrumenty „rozmawiają” ze sobą, zaintrygował mnie bardzo. Chapeau Bas! Poza tym Gravedigger, który był dużą niespodzianką i miło, że można było usłyszeć ten wspaniały numer.
Zespół po nieustających owacjach zagrał jeszcze dwa utwory na bis: The Space Between oraz All Along the Watchtower. Myślę, że na ten ostatni wiele osób czekało. I to było chyba największe zaskoczenie, bowiem został wpleciony w ten dylanowski numer, refren Stairway to heaven. Niezwykłe i niesamowite uwieńczenie koncertu!

Wirtuozeria i spokój!
Każdy z muzyków pokazał tu swój kunszt, a brak skrzypka Boyda Tinsleya nie był tu odczuwalny, według mnie klawiszowiec Buddy Strong rekompensuje to w stu procentach. Niezwykle precyzyjny Stefan Lessard, czy sekcja dęta w postaci Rashawna Rossa i Jeffa Coffina porażała współbrzmieniem i improwizacjami. Żal jedynie, że niesamowity skądinąd Carter Beauford nie został po koncercie i nie rozdawał pałeczek, do czego nas przyzwyczaił.

Na koniec zacytuję słowa, które usłyszałem po koncercie: Jeżeli jeszcze Państwo nie byliście na Dave Matthews Band, to jest coś co trzeba zobaczyć przed śmiercią.

Zachęcam do obejrzenia galerii zdjęć z koncertu, których autorem jest Rene Huemer.