Po perypetiach z perkusistami, ciężkiej pracy w studiu i dziesiątkach koncertów nareszcie jest. Nowy, świeżobrzmiacy album All My Life Lifephobia. Czy opłaciło się czekać?

Z zespołem Lifephobia miałem już do czynienia przy ich EP-ce ochrzczoną ich własną nazwą. Zawsze, gdy sobie o niej przypomnę nie mogę wyjść z podziwu nad tą prostą, ale udaną nazwą. To miła odmiana po wszystkich tych nazwach kapel brzmiących pseudo-słowiańsko lub pseudo-skandynawsko. Ale nazwa to pół biedy. Dla mnie Lifephobia stało się pewną marką. Dzięki kontaktowi, który zupełnie przypadkiem nawiązaliśmy, czuję, że mam do nich mniejszy dystans, niż do innych recenzowanych przez siebie kapel. W tym przypadku bardzo trudno będzie mi odejść od subiektywizmu. Ale czy dobra publicystka pamięta jeszcze czym jest dziennikarski obiektywizm?

Faktem jest, że bardzo rzadko piszę, że coś mi się nie podoba. Wolę to przemilczeć, a zamiast tego podkreślić walory, wymazać błędy. Recenzując pierwszą płytę Lifephobii, skupiłem się na tym, co dobre, by z czystym sumieniem wypomnieć, co mogło być zrobione lepiej. W ich przypadku nie było wcale źle, ale mogło być „inaczej”. Panowie odrobili lekcje.
All My Life to porządny materiał. Między pierwszą produkcją a obecną zaszła imponująca zmiana. Kompozycje stały się bardziej interesujące. Po kilkukrotnym przesłuchaniu płyty bez problemu można odgadnąć, który utwór słychać. Nie ma tu mowy o zlewaniu się utworów, bo każde czymś się wyróżniają. I wcale nie muszą to być niesamowite riffy, których tu nie brakuje (a było ich jednak za mało poprzednio). W całej okazałości można je podziwiać m.in. w Aurora borealis i Explosive vest. Ale przewijają się one całej trackliście. Genialna robota gitarzystów: Krzystofa „Kiepa” Amanowicza, Mariusza „Dżoniego” Bogacza (który udziela także na płycie wokalu) i Grzegorza „Badka” Pacześniaka (basisty). Moim zdaniem to riffy robią cały ten album.
Innymi elementami wyróżniającymi poszczególne kompozycje są wmontowane wtrącenia audio z filmu, telewizji, otoczenia naturalnego. Mam na myśli mistrzowsko sklejone Land of Sirius, ale też intro przejmującego Hill of Remains.

Oprócz dużej zmiany w bardziej rozmaitym wykorzystaniu gitar, muszę zwrócić uwagę także na wokal. Ton Dżoniego stał się o wiele bardziej elastyczny, brzmi mniej monotonnie. Barwa growlu bardziej zwraca na siebie uwagę, bo łatwiej teraz wyróżnić, kiedy wokalista wchodzi na wyższą notę. A mimo to, zachował swoją charakterystyczną rytmiczność, która wyróżniała się na EP-ce. Stał się tylko bardziej melodyjny. Z metalowymi riffami i rytmicznym duetem w postaci basu i perkusji tworzy to dobrą całość, która nabrała własnej osobowości. Tego charakteru nie było w poprzednim materiale. Utwór jest historią, którą Dżoni musi wygłosić. Album- zmontowanym słuchowiskiem.

Mówiąc jednak o wokalu, zwróciłem uwagę na jakość nagrań. W niektórych fragmentach wokal brzmiał, jakby był wklejony „obok” nagranej kapeli. Nie jest to moim zdaniem wina chłopaków, bo wydają się być bardzo zgrani. Może to tylko moje przyzwyczajenie do przeidealizowanej linii wokalnej wmiksowanej w podkład? Może potraktować to jak cechę charakterystyczną Lifephobii- momentami wyróżniony, a czasem stłumiony wokal? Odpowiedzialność za nagrania i mastering wzięło Sonic Loft Studio.

Jeżeli ktoś szanuje rodzimą scenę deathmetalową, krążek All My Life powinien mieć swoje specjalne miejsce na jego biblioteczce. Nie chodzi tu tylko o muzyczną zawartość słuchowiska, ale też fizyczny wygląd wydawnictwa. Prosta, ale mocna okładka otwiera świetny booklet, który okazał się być dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Projekt bookletu i okładki wyszedł z rąk Tomka „Śmiecha” Trzęsimiecha, byłego perkusisty zespołu.

Brać się za słuchanie. Panowie z Lifephobia warci są tysięcy odtworzeń. Taki progres zdarza się raczej rzadko. Z kim się widzę pod sceną?