Przed dwoma tygodniami pisaliśmy Wam o premierze debiutanckiego albumu formacji Underfate. Dziś mamy dla Was recenzję tego wydawnictwa. Czyli słów kilka o przewadze ewolucji nad rewolucją.

Underfate – Seven

Czasami człowiek dochodzi do wniosku, że w muzyce już nic go nie zaskoczy. Potem łapie za nową płytę i w sumie to dalej tak myśli.. W tym momencie słuchacz może przeżyć personalną klęskę wiary i obrazić się na cały muzyczny światek, albo szukać dalej. Może też przestać szukać rzeczy rewolucyjnych, dając drugą szansę już przesłuchanym płytom. Powiem tyle. Moja przygoda z Underfate wyglądała dokładnie w ten sam sposób.

Płyta Seven to debiut w dyskografii kwidzyńskiej formacji Underfate. I to debiut bardzo udany! W ostatnim czasie rodzimy post-rock przeżywa swoje złote czasy. W natłoku nowości płytowych bardzo ciężko jest zaskoczyć czymś nowym. Tym bardziej, że i gatunek rządzi się swoimi prawami…
Post rock ma to do siebie, że ciężko jest tutaj wymyślić coś naprawdę odkrywczego. Formuła przedstawienia wymaga od muzyków wpasowania się w pewne powtarzalne schematy i zagrywki. Cała sztuka polega, żeby powielać dźwięki po swojemu i wyjść z tego obronną ręką. I tak właśnie zrobili muzycy z zespołu Underfate.

Ale przechodząc do sedna. Seven to płytowy debiut Underfate I to debiut z gatunku tych wymarzonych. Siedem utworów,z których najkrótszy trwa niecałe 5 minut, a najdłuższy niewiele ponad 10, składa się na 50 minut cudownych, przestrzennych dźwięków. Dźwięków będących częścią pewnej opowieści. Seven to nie tylko muzyka, to również historia chłopca i imieniu Mercury, którą muzycy kwidzyńskiej formacji Underfate starają się pokazać nam poprzez dźwięki. Płyta wydana jest w formie trójskrzydłowego digipacka, gdzie standardowe miejsce na tekst piosenek, zajmuje opis historii przedstawianej w instrumentalnych utworach. W przypadku płyt koncepcyjnych często możemy spotkać się z zarzutem, że pewna historia jest tylko sztucznym tłem, które na siłę zawyża poziom artystyczny. Tu jest inaczej. Synteza dźwięku i słowa daje nam możliwość pełnego zrozumienia muzyki. Seven to ten rodzaj sztuki, który możecie pokazać swoim znajomym bez obawy, że posądzą Was o bycie muzycznym hipsterem. No właśnie. Muzycznym..

Przejdźmy do tego co najważniejsze. Siedem utworów utrzymanych w progresywno post-rockowym klimacie. Mamy tutaj wszystko, co koneserzy instrumentalnego grania lubią najbardziej. Kunszt muzyków, nieszablonowe kompozycje i tonę klimatu. I co najważniejsze: muzyka potrafi zaskoczyć. Pewne patenty, które mogłyby zdawać się obowiązkowe przy tego typu graniu, zostały wywrócone do góry nogami. Dla ludzi, którzy odruchowo liczą sobie takty i czekają na pewne standardy, może być to miłe zaskoczenie.

Nie będę zajmował się opisywaniem każdej kompozycji z osobna. To album koncepcyjny i należy go słuchać w całości. Kropka. Chociaż pewnie mój entuzjazm aż kapał z każdym kolejnym słowem, to jednak trzeba zdobyć się na pewne słowa podsumowania. Underfate stworzyli naprawdę dobry, równy album. Nie można mówić tutaj o przełomie, ale tego nikt od nich nie oczekiwał. Seven naprawdę warto mieć na swojej półeczce z płytami. I to nie tylko na półce zaszufladkowanej post-rock. Może i to nie mamy tu nic nowatorskiego, ale niektóre, bardzo już ogrywane przez wszystkich pomysły, zostały podane tu w niecodzienny sposób. Nie rewolucja, a ewolucja. Gdyby Darwin żył, i zajmował się muzyką, stawiałby „Seven” jako przyszłość rozwoju post-rocka.

Dla mnie 5/5