Drugi studyjny album zespołu Sound’n’Grace ujrzał światło dzienne nieco ponad tydzień temu. Po mieszanych ocenach, jakie zebrał ich debiutowy Atom, któremu zarzucano zbytni entuzjazm i przesiąknięcie pozytywną energią, chór, określany mianem najlepszego w Polsce, ponownie wspina się na szczyty list przebojów. Zaskakujące? Na pewno nie dla autorów…

Na nowej płycie wydanej pod szyldem Gorgo Music, pod tytułem Życzenia, znaleźli się artyści zrzeszeni w agencji artystycznej Gorgo, tacy jak: Filip Lato, Jula, czy Mateusz Ziółko.  Album rozpoczyna się głośnym singlem 100, który odkąd pojawił się w radiowym eterze zgarnął dla siebie topowe miejsce na listach przebojów, na długo przed premierą płyty. Hit jesieni jest energetyczny i od razu pokazuje kierunek jaki nakreślili sobie twórcy. Tak gwałtowne rozpoczęcie płyty jest dość niebezpiecznym zabiegiem, bo brak czasu na rozgrzewkę dla ucha może spowodować u słuchacza szok i lekką dezorientację. Sound’n’grace jednak od razu wytacza wszystkie swoje atuty na pierwszy plan. Chwytliwą melodią, która zapada w pamięci i spokojnie poprowadzoną linią głównego wokalu okraszoną wsparciem grupowego huknięcia głosem w kulminacyjnych momentach, które potęguje znaczenie słów. Dodatkowym haczykiem jest tutaj głos Filipa Lato, określanego mianem polskiego Adama Levine’a, z typową dla siebie – jasną barwą głosu. Kolejne utwory kontynuują pozytywne bujanie i nieco odświeżają instrumentarium. Zespół stara się bawić stylami między  którymi się porusza – od popu, przez elementy funku, jazzu i soulu, wszędzie zachowując oczywiście swą gospelową naturę. Taka mieszanka potrafi zaskoczyć, jednak nie da się oprzeć wrażeniu, że autorzy na siłę próbują upchnąć wszystko naraz. W kolejnym singlu, bezpośrednio zwiastującym nadejście płyty mieliśmy kumulacje niesamowitej pozytywnej energii, zarówno muzycznie, jak i lirycznie. Warstwa tekstowa utworu Idealnie opowiada o tym, by przestać gnać za tym, co pożądane i na chwilę odetchnąć, ciesząc się z tego co mamy. Gospelowy charakter podkreślają tu liczne powtórzenia w refrenie i stopniowe wyciszenie przed finalną kulminacją, co pozwala odczuć odpowiednią przestrzeń i daje miejsce na stosowny wydźwięk tej dynamicznej kompozycji.

Dalej mamy utwór tytułowy całej płyty – Życzenia, który po raz kolejny eksperymentuje z formą i przeplata synkopowany żeński wokal, który bardzo plastycznie wkleja się w spokojny i rytmiczny początek piosenki, wyeksponowany poprzez wspinanie się na wyższe rejestry, by potem rozkręcić nas konkretnym beatem okraszonym szybką recytacją słów która kończy się, nawiązując do maniery raperów, szybką serią trioli, które wprowadzają nas w popowy charakter utworu. Piosenka w refrenie przypomina z kolei dobre disco lat 80. Całość więc jest różnorodna, ale niechaotyczna, inteligentnie spięta w spójny koncept. Dalej na płycie mamy spore zwolnienie, które pozwala na wzięcie oddechu po tej serii wrażeń i energetyzujących piosenek. Płytę kończy utwór Sens – pierwszy z singli, który jest definicją napisów końcowych do serialu. Serialu, który rozpoczął się bardzo atrakcyjną sceną, która przyciągnęła uwagę widza na dłużej i pozostawiła z oczekiwaniem na rozwiązanie, które jednak nie nadchodzi.

Na całej płycie jest dużo rzeczy dobrych: bawienie się formą, czerpanie z riffów lat 70, sampli z ery disco, nieco śmielszego niż na poprzedniej płycie korzystania z instrumentarium. Nie da się jednak nie odczuć, że wszystkie piosenki są bardzo powtarzalne.
Ta płyta jest różnorodna, ale próbuje nam sprzedać 12 hitów radiowych, które w warstwie lirycznej opowiadają o życiu, pięknej codzienności i fantastycznym procesie radzenia sobie z problemami. Nawet reggae nie jest tak entuzjastyczne. W muzyce lubię docierać do głębi historii opowiadanych w piosenkach, tutaj niestety narracja kuleje, a morał z każdego tekstu płynie ten sam. W każdym utworze dzieje się dużo, dużo też się powtarza. Przez to zanika efekt zaskoczenia, a nuda i przewidywalność zastępują miejsce całkiem pozytywnego – pierwszego wrażenia. Po dwóch dniach spędzonych z tą płytą raczej więcej do niej nie wrócę, a Wam na jesiennego doła polecam wykłady Jacka Walkiewicza, który operuje bardziej przyziemnymi słowami.

Na krążku są jeszcze dwa bonusy – Gdy gwiazdka, która ma potencjał na to, by umilać nam grudniowy chill przy śniegu i kubku kakao, oraz niemal 10-minutowy Świąteczny Medley, wykonany w całości po angielsku. Dopiero tutaj mamy okazję usłyszeć na czym polega istota chóru, który nie ginie pod warstwą nagromadzenia głównego wokalu i popowych ozdobników. Na 13. poprzednich utworach mogliśmy doświadczyć zaledwie chórku, który można spotkać u wielu wykonawców, jednak z takim potencjałem, który drzemie w niemal trzydziestoosobowym składzie powinniśmy mieć okazję, by doświadczyć pełni różnorodności i potęgi głosu chóru. Kilka minut bonusowych kolęd to jednak za mało by uratować całą płytę.