Dobra płyta to zawsze fajna niespodzianka. A dobra płyta, której nikt się nie spodziewał, to już niespodzianka podwójna. Czyli o debiutanckim albumie rodzimej formacji 1965 słów kilka.

Pierwszy kontakt z muzyką 1965 był dla mnie niczym przedwczesne święta. I to takie z fajnym prezentami. Podjarałem się jak dzieciak, słysząc pierwsze dźwięki z otwierającego album „High Time” utworu „Too young too die”. I jak to dziecko naiwnie myślałem, że doczekaliśmy się kolejnej rewolucji w rodzimym hard rocku. Rewolucji, na którą czekam od premiery debiutanckiej płyty nieco zakurzonej już kapeli Lessdress, ale to inna para kapci. Niestety, tak pięknie nie będzie. Niczego nowego tu nie uświadczmy. Znajdziemy tu za to ponad godzina naprawdę porządnego grania. Chociaż miejscami nieco monotonnego.. Płyta utrzymana jest w klimatach porządnego, gitarowego grania, niezostawiającego żadnych kompromisów. Jest mocno, zdrowo i klimatycznie. Tyle słowem wstępu. Czas na konkrety.

High Time to trzynaście utworów utrzymanych w mocno hard rockowej stylistyce. Gdybym miał zgadywać, to powiedziałbym, że nazwa 1965 to nie tylko przypadkowe liczby, ale także wskazówka do tego, czego możemy spodziewać się na płycie. Mamy tu mocne gitarowe granie, utrzymane w oldschoolowych klimatach. Może nie jest tak barwnie i cukierkowo jak na pierwszych albumach KISS, ale też nie jest to hard rockowa ekspresja spod szyldu Motorhead. Jak już wspominałem, album, zaczyna się od energetycznego „Too young too die”, aby przez resztę numerów nie zwalniać tempa. Co nie oznacza wcale, że tylko tego typu granie znajdziemy na „High Time”. I całe szczęście. Na albumie znajduje się kilka naprawdę ciekawych ballad, w tym mój ulubiony „Desert Song”. Mógłbym się trochę przyczepić do kolejności utworów. Parafrazując legendarny tekst Tomka Lipnickiego z Illusion „po wolnym zawsze musi być szybkie”. Tutaj tego niestety brakuje i w paru momentach płyta wyraźnie za bardzo zwalnia. Przyznam szczerze, że dużo lepsze wrażenie robią na mnie poszczególne kawałki słuchane osobno, niż płyta odtwarzana w całości. Lekka monotonia jest największą bolączką debiutanckiego krążka 1965. Do niczego innego nie mogę się przyczepić. Utwory zbudowane są w sposób poprawny, bez zbytniej progresji (ale też nie jest to muzyka nijak regresywna), instrumenty brzmią dobrze, ale bez zbędnej wirtuozerii. Największy problem mam z wokalem Michała Rogalskiego. Skłamałbym, gdybym powiedział, że brzmią źle, bo mamy tu do czynienia z dobrym, czystym śpiewem. Może właśnie za dobrze i za czysto? Przy takim graniu ważniejsza od samych umiejętności jest jednak oryginalność i styl. Tego jednego mi tutaj zabrakło, przez co muszę nieco obniżyć ogólną notę albumu.

Słuchając „High Time” w mojej głowie narodził się szereg skojarzeń do innych rodzimych wykonawców. Niestety dla 1965 skojarzyłem ich granie z muzyką (niedziałającego obecnie) Black River. Może to dość karkołomne porównanie, aczkolwiek myślę, że dużym komplementem dla muzyków 1965 będzie stawianie ich u boku takich muzyków jak Maciek Taff, czy Tomasz Wróblewski. Chłopakom z zespołu życzę, żeby w przyszłości byli nie tylko porównywani do innych, starszych kolegów, ale również stanowili obiekt porównań. Bo mają ku temu duży potencjał. Chociaż debiutanckie dzieło 1965 nie jest pozbawione wad, to zawiera kawał porządnej muzyki. Mówi się, że dobry debiut to połowa sukcesu, a zdanie o zespole można wyrobić sobie dopiero po drugiej albo trzeciej płycie. Może to i dobrze, bo coś czuję, że Magnum Opus 1965 dopiero przed nimi.