Czy świat starożytnych Azteków i nasz różni się od siebie? Metalowcy z Soundfear uważają, że nie. „Ludzie są składani w ofierze w imię wyimaginowanych Bogów, bogaci budują świątynie ze złota podczas gdy lud głoduje, a śmierć jest świetnie sprzedającym się produktem” – argumentują. Zapraszamy do lektury wywiadu z Szymonem Orłowskim, wokalistą formacji Soundfear!

Soundfear jest tuż po zimowej trasie koncertowej, w kontekście której media muzyczne szumnie donosiły o rozlewającej się po Polsce azteckiej krwi. Faktycznie, dużo jej upuściliście?

Szymon Orłowski: To była bardzo destrukcyjna i krwawa trasa, lecz i budująca. Z każdym koncertem odkrywaliśmy nowe oblicza naszej muzyki. Mówimy tu o doznaniach duchowych, jak i impulsywności działań. We Wrocławiu na przykład, podczas rytuału „spojrzałem śmierci w oczy”. Mam na myśli czaszkę, którą woziliśmy ze sobą od wielu lat. Był to wyjątkowy moment. Okazja, żeby zapytać samego siebie czy boisz się śmierci… Przeraziła mnie wizja umierania ze starości w osamotnieniu. Zrozumiałem, że mogę umrzeć, robiąc coś co kocham, w imię idei, w imię muzyki. Wyobrażałem sobie, że zabijam się na scenie. Refleksję przerwał wybijany przez naszego perkusistę rytm. Czułem, jak jakaś nieopisana fizyczna siłą ciągnie mnie ze sobą do tańca. Zamknąłem oczy wpadłem w głęboki trans po czym na ostatni akcent Voodoom roztrzaskałem czaszkę w drobny mak. To było bardzo głębokie doznanie… Z każdym występem czujemy, że rośniemy w siłę.

Brzmi faktycznie bardzo duchowo… Czy trasa przebiegła sprawnie i obyło się bez przeszkód?

Po za tym, że finansowo jesteśmy po raz kolejny na minus to wszystko wyszło jak najbardziej pozytywnie. Co prawda, kasa to tylko kasa i nie stanowi ona przeszkody w zagraniu nawet dla jednej osoby, lecz liczymy na to, że następnym razem nie będziemy musieli marnować energii na dorywcze prace, bądź pożyczać kasę, żeby tylko dojechać na miejsce. Wolimy naszą energię wykorzystać na tworzenie muzyki i granie jej dla ludzi. Niektórych rzeczy nie przeskoczymy, ale też nie pozwolimy, żeby ściągały nas w dół.

Jak sprawdziły się w boju zespoły Cornada, Maggoth i Pravia, które towarzyszyły Wam w niektórych miastach?

Cornada, to przede wszystkim świetni i szczerzy ludzie. Widać to w ich muzyce, która ma ogromny potencjał. Jesteśmy przekonani, że znajdą wielu fanów i z wielką przyjemnością zagramy jeszcze nie jedną sztukę. Chłopaki z Maggoth to solidnie przygotowana ekipa pod względem technicznym i scenicznym. Trudno ich nie polubić, bo grają po prostu na poziomie.
Pravia z kolei ma ciekawy pomysł na siebie – tematyka słowiańskich wierzeń.

Czy jakieś wydarzenie z tego zimowego touru szczególnie zapadło Wam w pamięci?

W Wałbrzychu graliśmy koncert charytatywny. Zbieraliśmy na leczenie raka u jednej z mieszkanek – Różowej. Żyjemy w państwie, które wyleczy Cię pod warunkiem, że twój nowotwór znajduje się na liście NFZ. To popierdolone! Coraz bardziej utwierdzam się w fakcie, że demokracja to jedna wielka ściema. Czułem rozczarowanie. W Soundfear wierzymy, że ludzie emanują energią i mogą ją wytwarzać. Wiele ludzi może kumulować, a nawet uzdrawiać nią. Po koncercie wyszedłem z prośbą, abyśmy choć przez moment wykrzyczeli wspólnie słowo dla Różowej – „żyj”. Przez część zgromadzonych ludzi nasza szczera intencja została odebrana jako część jakiegoś pieprzonego show, część osób wyszydzała naszą inicjatywę i uznali, że gest pozdrowienia Hitlera będzie czymś zabawnym. My nie uznajemy podziału na artystę i widza, scenę i płytę. Myślę, że ludzie po prostu nie są w stanie tego zrozumieć i odbierają każde działanie jako część performance, czy chęć przypodobania się widzowi. Nie mniej jednak niektórzy dołączyli się do nas i jestem za to wdzięczny. Oby Różowej się udało.

Rozumiem, że Ci którym udało się zobaczyć Was na żywo mieli także okazję posłuchać zupełnie nowego materiału Soundfear?

Tak, graliśmy nasz najnowszy utwór „Chia’s Aura”. Tekst piosenki napisany jest w formie przepowiedni o żądzy. Jej symbolem jest złoty naszyjnik boga Quetzalcoatl. Ta niepochamowana chęć posiadania czegoś za wszelką cenę rodzi się u każdego człowieka w jego „wewnętrznej dżungli”, a ten kto się jej podda „nie rozpozna w sobie człowieka”. Niedługo podzielimy się jego wersją studyjną.

Jak wyglądają prace nad Waszą nową płytą? Na jaki jesteście etapie i czy album faktycznie ujrzy światło dzienne jeszcze w 2015 roku?

2015 jest rokiem płyty. Skompletowaliśmy już większość utworów, każdy z nich jest przemyślany od początku do końca. Prace na długograjem są długie i staranne. Postawiliśmy na jakość, nie ilość. Zajęło nam to więcej czasu, ale myślę, że wyjdziemy na tym na plus.

Męczą Was jeszcze pytania o Wasze inspiracje mitologią aztecką?

Przywykliśmy do nich. Dawaj!

Skąd wzięły się Wasze inspiracje mitologią aztecką? ;)

Składa się na to wiele rzeczy. Od zainteresowań naszego gitarzysty Piotra Jerzyka, który z wykształcenia jest historykiem, przez inspirującą lekturę „Mitologi Azteckiej” Marii Frankowskiej, oddanie muzyce etnicznej, a na filmie „Apocalypto” kończąc. Jest też w tym aspekt, który nie był tak oczywisty na początku. Badając ich kulturę i obyczaje zauważyliśmy, że współczesny świat tak na prawdę nie wiele się różni. Ludzie są składani w ofierze w imię wyimaginowanych Bogów, bogaci budują świątynie ze złota podczas gdy lud głoduje, a śmierć jest świetnie sprzedającym się produktem. Coś w rodzaju uniwersalnego obrzydlistwa i pychy.

Gdzie i kiedy będzie można zobaczyć teraz Soundfear na żywo?

9 Maja – Słupsk, Motor Pub. Dopinamy też daty innych koncertów, więc na pewno niedługo pojawi się więcej kornetów, o których damy Wam znać. Póki co zapraszamy do słuchania i ściągania naszej muzyki.