Miejsce koncertu: Żywiec

Osławiona trasa koncertowa, zyskująca z roku na rok coraz większą popularność. Do tego stopnia, iż z okazji okrągłej  10. rocznicy organizatorzy zdecydowali się na dodatkowy termin koncertu zamykającego trasę. Sam proces kupna biletów można już nazwać bitwą, a zawieszające się serwery to znak rozpoznawczy, który od kilku lat towarzyszy temu wydarzeniu – nie bez powodu…
Wybrałam się i ja – drugi raz zażyć tego przepełnionego dobrym brzmieniem górskiego powietrza i  po raz kolejny przekonać się, że niesamowita energia płynąca ze scen(y) zrekompensuje mi długie godziny spędzone w samochodzie – w drodze na jeden z lepszych festiwali,  w których uczestniczyłam.

Wchodząc na teren festiwalowy moja pierwsza myśl to:  będzie polska Coachella? Czy kolejne modowe trendy narodzą się na moich oczach? Nic z tych rzeczy,  moi Państwo. Nie migają mi kolorowe oksy czy też wszędobylskie frędzle. Widzę za to bardzo dużą liczbę dzieci w wieku mocno szkolnym w wielkich słuchawkach, a także grupki osób w wieku ok. 30 lat. Za to lubię Męskie – influencerki ustępują miejsca wsłuchanemu w dobre brzmienie, zróżnicowanemu tłumowi. Należy pochwalić organizatorów także za rozbudowanie strefy gastro (nie mówiąc już o strefie sponsora tytularnego, która rozciąga się wzdłuż całego terenu), w której mogłyśmy z dziewczynami fajnie zjeść, pogadać, obserwując jednocześnie na telebimie to, co dzieje się na dużej scenie. W gąszczu foodtracków dało się dostrzec kuchnię węgierską, amerykańską czy też azjatycką. Całość terenu to także oprócz tanków z Żywcem – sklepiki wytwórni (np. Iglo Records), stoiska radiowe czy też instalacja świetlna, która po zmroku robiła niesamowite wrażenie.

Różnorodność – nie bez powodu przywołuję  w tym miejscu to pojęcie. Podczas całego dnia festiwalowego mieliśmy cały przekrój muzyczny, rozbity na dwie sceny. Koncerty na tej dużej zaczęły się już o 16, podczas gdy mała scena uaktywniła się w godzinach wieczornych. Miałam wrażenie, że gdyby ułożyć playlistę z tego koncertu, byłaby ona całością, która podpasuje zarówno fanom mocniejszych brzmień zarzucających włosami jak i tym, którzy lubią się bardziej pobujać.
Nie zabrakło także gości specjalnych (nie tylko podczas wieńczącego koncert występu Męskie Granie Orkiestry),  ale już na poszczególnych koncertach. Król wyznawał miłość Piotrowi Roguckiemu (Kocham go, kocham – no dobra,  tak serio to kocham żonę i dzieci), a podczas występu Darii Zawiałow na scenę wtargnął Janusz Panasewicz, aby wspólnie z nią i setkami zgromadzonych pod sceną osób odśpiewać brawurowo Kryzysową narzeczoną. Swoją drogą to właśnie koncert tej Pani uznałyśmy wspólnie za jeden z lepszych tego wieczoru (nie, nie będę tu obiektywna,  bo energia, którą prezentuje Daria jest tą,  z którą utożsamiam się w bardzo dużym stopniu, a jej charyzma pozostaje niezmienna  od pierwszych dźwięków aż po sam koniec występu). Na scenie widzimy wielki napis Helsinki i to pod znakiem właśnie tej płyty upływa nam ta część festiwalu. Odkrywamy ją na nowo, a wykonania na żywo brzmią kapitalnie, przenosząc nas dźwiękiem do klimatów lat 80 – tych. Wracając do energii scenicznej, na scenie jak ryba w wodzie czuje się także Justyna Święs z The Dumplings. Coraz mniej u niej makijażu,  a coraz więcej tatuażu – buduje swój spójny wizerunek, ewoluując tak,  jak dzieje się to z muzyką całego zespołu. Duża w tym zasługa także Kuby Karasia, który jest już na polskim rynku producentów  pewnego rodzaju marką,  współpracując z coraz większą ilością artystów młodego pokolenia. Płyta Raj wybrzmiała kapitalnie, pojawiło się tupanie nóżką…Pomimo iż tego wieczoru ogłaszają przerwę w nagrywaniu – czuję w kościach, że długo to ona nie potrwa.

W porządku, dziewczyny do mikrofonów,  jednak teraz oddajemy głos panom. Niekwestionowanym liderem w ilości krótkich kolaboracji na scenie tego wieczoru był Sokół. Pono, Włodi czyli stara szkoła plus nowicjusze, będący na co dzień trochę w innym wydźwięku Igo oraz Mateusz Krautwurst. Do tego obecni przez cały set na scenie DJ Kebs oraz Ras (Rasmentalism). Tego wieczoru wybrzmiały głównie utwory z najnowszego wydawnictwa Wojtek Sokół, która obecnie plasuje się w pierwszej 30 najlepiej sprzedających się wydawnictw wg OLiS. Było bujanko, świetne efekty audiowizualne i trochę pogadanki z publiką. Z klimatu blokowisk do odciętego od świata lasu przeniósł nas zespół Łąki Łan. Niezmiennie kolorowy wizerunek ekipy Paprodziada spowodował, że można było na chwilę zapomnieć o rzeczywistości, w której się znajdujemy,  a ze sceny płynęła moc, energia i endorfina. Podczas koncertu został zaprezentowany premierowo kawałek Lass, utrzymany w charakterystycznym dla zespołu lekko psychodelicznym klimacie. ­Podobnie egzotyczny klimat (zaskakująco) stworzył się na koncercie Voo Voo,  a spowodowane to było obecnością na scenie zespołu Ritmo Bloco, którzy wykonywali muzykę na różnorodnych instrumentach – od bębnów po saksofon. Przez osobisty sentyment do zespołu żałuję, że z powodu gigantycznego korka na trasie nie zdążyłam odśpiewać miłosnych piosenek podczas koncertu Sorry Boys, któremu tego dnia towarzyszyli na scenie Piotr Rogucki oraz Igo.

Męskie Granie to nie tylko duża scena i rozpoznawalne mocno twarze – magia tego festiwalu to także debiuty. A jak wiadomo z wcześniejszych lat – droga z małej sceny na główną jest nie tyle łatwa i krótka,  co realnie osiągalna do przebycia. I mimo że zespoły mają do dyspozycji niecałą godzinę,  aby zaprezentować kawałki z najnowszego repertuaru, to także te mini sety spotkały się tego wieczoru z bardzo dużym zainteresowaniem publiczności. Koncerty Clock Machine, Ziela czy Linii Nocnej były pełne energii, powiewu nowych brzmień czy dobrze już znanych radiowych kawałków. Różne style, jedna scena. Celowo  początkowo w tym zestawieniu pominęłam koncert zespołu Sosnowski – to właśnie on tego roku jest moim odkryciem na żywieckiej scenie (podobnie jak dwa lata temu Bownik, którego numery towarzyszyły nam całą drogę powrotną do Warszawy). Sytuacja jest taka  – kliku facetów, jedna filigranowa blondyneczka oraz gitary w kratkę….i wtedy pierwsze dźwięki. Ciary. Żyletka w głosie. Bardzo oryginalna barwa, którą szumnie pod sceną okrzykujemy świetną i zarzucamy włosami jak przystało na dobry, rockowy koncert.

I wreszcie finał. Nie boję się powiedzieć, że właśnie na to wszyscy czekali. W czym tkwi pociągająca odmienność tego koncertu? Znani artyści? Coroczne single MG, które już po chwili stają się numerem 1 w najpopularniejszych rozgłośniach radiowych? Ważna jest i godna wspomnienia postać Dyrektora Artystycznego – czyli osoby która w pierwszych latach trasy nadawała trasie cały kształt (min. Wojciech Waglewski czy Kasia Nosowska). Kolejne edycje to już Szefowie Muzyczni i Męskie Granie Orkiestra (min. Andrzej Smolik czy Tomasz Organek). Kiedy kolejny raz na scenie pojawia się Piotr Stelmach (niezastąpiony jako konferansjer podczas trasy MG – to właśnie on w tym roku zaproponował  minutę ciszy dla osób, które dzień wcześniej zginęły w górach- a z drugiej strony nikt inny nie potrafi kąśliwym żartem czy anegdotą zapowiedzieć kolejnych artystów ukazujących się na obu scenach), rozpoczyna się spektakl. To nie jest tak, że Orkiestra, że od razu, że Sobie i Wam wykrzyczymy na cały głos i koniec…To jest budowanie napięcia. Na scenie pojawiają się kolejni artyści – wymieniając swoje duety, występując solo, tworząc zupełnie nowe aranżacje znanych nam, sztampowych utworów. Wydźwięk w tym roku był jeden i wyraźny – wolność, bycie sobą, robienie tego,  co się kocha (no dobra, wyszły 3). Ogólnie w tegorocznym przeglądzie mniejszych czy większych festiwali zarysował się mocno motyw solidarności (Unsound Festival) czy też odwagi (Solidarity of Arts). Nic więc dziwnego, że jubileuszowa trasa nie odbiegała myślą mocno w inną stronę.
Ogólnie?  Igo błyszczał, to był jego czas i jego flow. Zalewski – jeśli byłby instrumentem, z pewnością byłaby to hybryda złożona z co najmniej 5 różnych. Między Panami widać było niesamowicie wysoki poziom współpracy na scenie – żarty, uszczypliwości czy też wspólne śpiewanie do mikrofonu.
Kasia Nosowska – mocny, kobiecy akcent na scenie oraz Organek, który w tym koncercie był dla mnie troszkę z doskoku,  ale jak bardzo ten doskok szanuję. Pojawił się też na chwilę Jakub Gierszał  jako aktor śpiewający. Przekrój piosenek bardzo różny, różne wyłaniające się z nich ludzkie odczucia z jednym wspólnym przesłaniem – peace and love! Mamy zatem Wieżę radości, wieżę samotności; Sing Sing; Wojenkę; Zamki na Piasku; Chciałbym być sobą; Wspomnienie; Kocham wolność; Zazdrość, Miód i wykonanie,  które najbardziej zapadło mi w pamięć – Długość dźwięku samotności (zawsze byłam psychofanką Rojkowej wrażliwości) – wyśpiewanego przez duet Daria Zawiałow i Igo.

I wreszcie piosenka finałowa. Nie muszę pisać, że był ogień, zdarte gardło i skakanie w niebo…
Życzę sobie i Wam, żeby przesłanie tegorocznej trasy było codziennością. Ot tak, po prostu.

9h muzyki.
90 stopni – o tyle wystarczyło odwrócić się na pięcie, żeby z Głównej Sceny przenieść wzrok i ucho na Scenę Małą.
9 zł – Żywiec.

Specjalne podziękowania dla Gochy i Oli – tytuł najlepszego Kierowcy i Fotografa należą do Was Dziewczęta.

K.