The Cassino – nowe twarze tegorocznej edycji trasy Męskiego Grania – na żywo mogliśmy ich posłuchać już w Poznaniu, koncert w Warszawie (17.08) dopiero przed nami. Jak sami twierdzą, ich muzykę ciężko jednoznacznie zaszufladkować. Mieszanka rocka, bluesa i funku i choć słychać wyraźne inspiracje zespołami wyspiarskiego indie rocka – The Cassino zachowuje swój indywidualny charakter – stawiając na emocje i szczerość przekazu. Bardzo dużo w tym zasługi tekstów spisanych przez Huberta Wiśniewskiego.
W dotychczasowej karierze zespołu, jako jedne z najważniejszych wydarzeń warto wskazać występ w Studiu Muzycznym Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej w ramach konkursu Start NaGranie. Jako zwycięzcy koncertu półfinałowego, zespół został zaproszony przez Tomasza Żądę do audycji Trójka żąda debiutów. 

Zespół The Cassino powstał w 2013 roku w Braniewie. Swoje pierwsze kroki jako kapela stawiali w starym wojskowym kasynie, od którego wziął się pomysł na nazwę zespołu. Działając wtedy jako duet Piotr Dawidek (perkusja), Hubert Wiśniewski (gitara) stworzyli swój pierwszy materiał koncertowy. Dopiero po 3 latach ich muzyka ujrzała światło dzienne, dzięki czemu zespół wygrał kilka lokalnych festiwali dla młodych twórców. 2016 rok to dla zespołu okres, w którym zdecydowali się ma udział w 11 edycji programu Must Be The Music, w którym dodatkowo zebrali bardzo dobre recenzje. W 2017 wraz z basistą Jackiem Łączyńskim wydali debiutancką EP The Cassino, nagraną w całości w języku angielskim. Kilka miesięcy później już w zmienionym składzie – nowym basistą zostaje Michał Badecki, którego obecność ostatecznie zamknęła skład zespołu. EP-ka Zima, której premiera miała miejsce na tegorocznym poznańskim Spring Breaku-u, jest ich debiutem twórczym w ojczystym języku.

Osobiście pokusiłam się o przesłuchanie jednej po drugiej – odsłon anglojęzycznej i tej po polsku. I tutaj wielkie zaskoczenie – można powiedzieć, że z każdym kolejnym numerem odkrywałam ten zespół na nowo, co więcej na koniec stwierdziłam sobie w duchu, że to dwa różne wcielenia, różne światy, różne zespoły… Nawet porównując sam wokal – brzmi od zgoła odmiennie w zależności jaka aktualnie wersja językowa gra nam w uszach. Może od razu wydać się Wam to oczywiste, ale śpiewając po angielsku muzyka chłopaków nabiera bardziej wyspiarskiego, otoczonego mgłą i dżdżystym klimatem brzmienia. Wokal wydaja się jakby rozciągać na większą ilość skal a perkusja brzmi bardzo rytmicznie, w niektórych kawałkach w towarzystwie ozdobników. Solówki przeplatające się między zwrotkami i pulsujący bas. Pójdę za opinią tłumu – polska płytka może rzeczywiście wywołać wspomnienia pierwszych wydawnictw zespołu Happysad. Nie powinniśmy patrzeć na nią tylko przez pryzmat wokalu i jego barwy (mocno zbliżonej do Kuby Kawalca) ale także podobnego klimatu i pewnego rodzaju ‚wrażliwości muzycznej”. Jest z jednej strony zimna i ostrzejsza w niektórych momentach, z drugiej wypełniona jednak przyjemną dozą melancholii. Niesamowita jest dla mnie transformacja jaką przechodzi zespół, patrząc na całość dorobku przez pryzmat obu płyt. Oznacza to dla mnie, że w zależności od tego jaki aktualnie towarzyszy mi nastrój mogę żonglować playlistą The Cassino, zmieniającą się jak winyl ze strony A na B. Jeśli lubicie starą dobrą szkołę indie, przeplatającą się z nostalgią – polecam Wam mocno zapoznanie się z twórczością chłopaków.

K.