Po długim oczekiwaniu (i EPce „Blask” sprzed 2 lat) w końcu dziś dostajemy debiutancki album Olgi Polikowskiej. Na „Pełnię” składa się 10 utworów.

Jak mówi o płycie mówi sama artystka? „Oddaję w Wasze ręce album, który jest moją pełnią spełnienia, zarówno duchowego, jak i umysłowego. Jest to opowieść o słodko-gorzkich emocjach i muzycznej drodze przebytej w poszukiwaniu tożsamości twórczej”.

Wspólnym mianownikiem dla wszystkich utworów, a więc niejako muzycznym spoiwem dla „Pełni” stała się, firmowa dla wokalistki, elektronika. Tym razem, w odróżnieniu od „Blasku”, nie ma tu typowo akustycznych kompozycji. Dostajemy dziesięć pełnokrwistych electropopowych melodii.

Zgodnie z zapowiedziami artystki, na płycie znajdziemy jednak zarówno bardziej balladowe utwory jak singlowe „Zawsze”, ale też wręcz funkowe momenty, do których zaliczyć trzeba przede wszystkim „Oddycham”. Druga z wymienionych piosenek jest zresztą moim faworytem na świeżym dziele Olgi. Słuchając jej można poczuć się jak na Karaibach. Dwie wspomniane wyżej stylistyki przeplatają się ze sobą w większości utworów z różną częstotliwością. Dzięki temu „Pełni” słucha się bez uczucia znużenia, a z każdym odsłuchem klimat albumu coraz bardziej wciąga.

Jakby tych urozmaiceń było mało – na albumie mamy też dwóch gości. Pierwszym z nich jest raper Gverilla, udzielający się w znanym nam już od czasów pierwszego lockdownu „Obiecaj”. Wisienką na torcie czyli drugim i ostatnim gościem został Filip Czarnecki znany z telewizyjnego show „The Four. Bitwa o sławę”. Stworzył on z Olgą duet, który poszedłby za sobą „W ogień” – jak głosi tytuł ich wspólnego utworu.

W warstwie tekstowej „Pełnia” dotyka wielu spraw z życia Olgi. zarówno wielkiej miłości („Kiedy nie ma Cię, czuję jakbym była całkiem sama”), jak i chęci wyrwania się z otaczającej rzeczywistości („Teraz wiem, muszę tu zostać, ale kiedyś zmienię to”). Warto w tym miejscu zaznaczyć i docenić, że artystka zarówno niemal w całości napisała teksty na płytę (poza, co zrozumiałe, gościnnym występem Gverilli), jak i współpracowała (m. in. z Patrykiem Walczakiem) przy tworzeniu muzyki do wszystkich numerów.

Bodaj jedyną wyraźną wadą płyty jest… to, że zbyt szybko się kończy. Jedynie 10 kawałków pozostawia lekki niedosyt. Chciałoby się więcej i więcej tak chilloutowych nut, zwłaszcza w czasach zarazy. Z drugiej stronny może to oznaczać, że na kolejny album przyjdzie nam czekać nieco krócej. Sporą przeszkodą w realizacji dalszych planów wydawniczych jest z całą pewnością brak możliwości koncertowania i zaprezentowania w najbliższym czasie „Pełni” na żywo, z udziałem fanów. Ja już nie mogę się doczekać tańca w rytm „Oddycham” czy „W ogień”. A Wy, słuchaliście już „Pełni”?