Po blisko dziesięciu latach muzycznego postu Książe Ciemności zabrał głos. Najnowszy album Ozzyiego Osbourna nosi tytuł Ordinary Man i został wydany w roku 2020.

Od pierwszych dźwięków przekonujemy się, że Ozzy nie zamierza udać się na muzyczną emeryturę. Jego muzyczny walec jedzie do przodu bez kompromisów. Opener tego krążka to Straight to hell w którym ciężkie riffy gitarowe ścigają się z głosem Ozziego a wszystko jest podlane basowym  sosem za który jest odpowiedzialny sam Duff Mckagan (Guns n ‘ Roses). Potem nieco spokojniejszy All my life w którym Ozzy szczerze i bezpretensjonalnie wyznaje, że „Stałem na krawędzi, patrząc na drinka w mojej ręce, Spojrzał na mnie i spytał: Jak się masz do cholery? Byłem bardziej suchy niż piach, wlokąc swe myśli przez ruchome wydmy. Teraz gaszę pragnienie i prowadzę się tak”.

Kolejny utwór Goodbye zaskakuje – powoli nabijana stopa na perkusji i gitarowe distortiony do złudzenia przypominają początek Iron Man Black Sabbath. Jednak kolejne minuty rozpędzają ten kawałek do prędkości pendolino , który wgniata nas ścianą gitar by za chwilę znów zwolnić i tak blisko przez pięć minut. 

No i przychodzi tytułowy Ordinary Man zaśpiewany razem z Sir Eltonem Johnem. Teledysk pokazuje różne momenty z życia Ozzyego. Jest dużo fortepianu, chórków. Jak dla mnie ten utwór to takie Dreamer part 2 lub Mama I’m coming home part 2. Solówka gitarowa w tym kawałku pachnie Slashem, który obok Duffa Mckagana i Chada Smitha (RHCP) jest współproducentem krążka.

Bardziej konkretny moment to kawałek Under the graveyard. Bardzo Sabbathowy, spokojnie mógłby zamykać lub otwierać ostatnią „Trzynastkę” z 2013 roku. Ciekawy riff, stalowa perkusja będą dobrze brzmieć w Waszym samochodzie na A4, jeśli macie co najmniej 50 watów w głośnikach.

Ale wracając do krążka – kolejny track to Eat me z bluesową harmonijką , mięsistym riffem, który może Wam połamać nogi. Wokalnie Ozzy przechodzi tu samego siebie. Kolejna propozycja to Today is the end – przeszedł on obok moich uszu niestety jako wypełniacz. Jednak Mr. Ozzy znów podkręcił tempo w Scary Little Green Man z niebanalną gitarą i dość osobistym tekstem.

Pod koniec krążka zespół zaciągnął hamulec ręczny i objął embargiem utwory szybkie i dynamiczne. Dowodem na to jest Holy for tonight – dość rzewna balladka z chórkiem w tle, idealna na potańcówkę dla licealistów oraz It’ s a raid niby punkowy, ale dość pomroczny i niejasny w swym końcowym przekazie. Na koniec mamy popowy duet z Travisem Scottem Take what You want w którym na siłę nieco wepchnięto Slashowe riffy do elektronicznego klimatu.

Ordinary Man to dobra płyta. Osadzona w hardrockowym korzeniu, podbita głosem Ozzyego wpada w ucho. Chociaż nie jest tak dobra jak inne płyty Ozzmosis czy Scream lub No more tears to warto ją mieć w swej kolekcji. Tym krążkiem Ozzy rewolucji nie czyni ale potwierdza swoją pozycję na rynku hard n’ heavy.