Po dobrze przyjętym „Wierszu ostatnim” Kasia Lins wydała dziś swój drugi album na polskim rynku. Patrząc szerzej, „Moja Wina” to tak naprawdę trzeci krążek wokalistki.

W 2013 roku we współpracy z Evosound światło dzienne ujrzał bowiem „Save me boy”. Jednak światowy debiut wokalistki nie pojawił się fizycznie w naszym kraju. W porównaniu do innych płyt Kasi „Moja Wina” jest „bardziej niż poprzednie” – mówi sama artystka o swoim świeżym wydawnictwie.

Artystka to zresztą słowo, które idealnie oddaje fenomen Kasi. Wraz z każdą kolejną płytą coraz bardziej oddala się ona od mainstreamu, który zresztą nigdy nie był jej szczególnie bliski. I jest to komplement. Daje temu wyraz już w trzech singlach promujących „Moją winꔄRób tak dalej”, „Koniec świata” i tytułowa „Moja wina”. Zarówno utwory, jak i opublikowane w sieci teledyski są bardzo wyraziste.

Kasia nie ucieka od kontrowersyjnych i trudnych tematów. Odnoszę wręcz wrażenie, że nawet do nich lgnie. W „Rób tak dalej” daje do zrozumienia, że sama pogoń za celem może dawać więcej emocji, sensu życia niż jej szczęśliwy koniec. „Koniec świata” może drażnić część słuchaczy. Dotyka bowiem problemów, jak choćby pożary lasów czy zbytnia ingerencja kościoła w życie publiczne. Nawiązuje do niej również kreacja piosenkarki, która w teledysku weszła w rolę zakonnicy. Najnowszy singiel – „Moja wina” to z kolei autorefleksja odnosząca się, jak kilka innych utworów z płyty, do miłości i różnych jej odcieni.

Rozpoczynające płytę „Jeżeli Kochasz” zaczyna się dźwiękami dzwonów. Cały kawałek zaś jest opowieścią o dwóch kochających się osobach, które z jakiegoś powodu, mimo uczucia, jakim się darzą, nie mogą być razem. Utwór jest w gruncie rzeczy mówiony, co czyni go jeszcze dobitniejszym.

„Boże” wyraża zaś sceptycyzm do nauki Kościoła oraz religii samej w sobie. Szczególnie dobitne są frazy z refrenu „Modlę się do Ciebie, choć wiem, że nie istniejesz” czy „Jeśli jestem z Ciebie, I want me to die”. Kawałek „Jesteś krwią w mojej żyle” tematycznie wiąże się z najświeższym z singli, podobnie opisując cierpienie związane z zawodem miłosnym, bolesnym rozstaniem.

„Śniłam, że jest spokój” to marzenie o rozpoczęciu nowego, lepszego etapu w życiu. „Prowadź po raju” łączy ostrożność z ciekawością, co będzie dalej. W „Morzu Czerwonym” mamy do czynienia z determinacją w dążeniu do stworzenia udanego związku. Wysiłki te niestety okazują się daremne.

Kolejne utwory („Grożą nam wojną”, „Kobiety by Bukowski” i kończące album „Nie syp solą”) także obrazują pragnienie czułości, bycia kochanym i docenianym. Ostatnia z piosenek mówi niemal wprost „Posyp cukrem moje rany”.

Na „Mojej winie” słychać, że została perfekcyjnie dopracowana. Nie ma tu zbędnych dźwięków czy słów. Tej płyty w mojej opinii nie można zakwalifikować do popu. Brzmi ona bowiem jak pełnokrwista alternatywa. Tematyka również nijak ma się do komercji. Widać, że Kasia Lins jest szczera w swej twórczości i obrała jasną drogę, z której ani myśli zbaczać. Możemy tylko czekać na to, czym nas jeszcze uraczy.